Menu

Podsumowanie sezonu 2017 cz.1: Mercedes wreszcie miał konkurencję

Meksyk

Sezon 2017 przeszedł już do historii. 20 wyścigów, 5 zwycięzców, 4 debiuty. Czas na pierwszą część podsumowującą tegoroczną rywalizację, w której pod lupę wzięliśmy Mercedesa, Ferrari i Red Bulla – trzy ekipy znajdujące się na podium tegorocznych mistrzostw.

Mercedes po raz czwarty

Podczas tego sezonu mogliśmy się rozkoszować walką pomiędzy Sebastianem Vettelem i Lewisem Hamiltonem. Przynajmniej do wakacyjnej przerwy, na którą ten pierwszy wyjeżdżał z 14-punktową przewagą. Rywalizacja o tytuł do końca sezonu? Pewnie o tym marzył każdy fan Formuły 1. Jednak nic bardziej mylnego. Po miesięcznej przerwie kierowca Mercedesa wskoczył na wyższy poziom, nie dając cienia szansy Ferrari. Pokaźną przewagę pomogła Hamiltonowi zbudować kontrowersyjna sytuacja po starcie wyścigu w Singapurze oraz awaria bolidu Vettela w Japonii. Jednak nie należy niczego ujmować z kunsztu Brytyjczyka, który po wakacjach wygrał aż pięć wyścigów.

To bezsprzecznie rok Mercedesa i Hamiltona. Ekipa z Brackley po raz kolejny utarła nosa rywalom, zdobywając czwarty tytuł z rzędu. To czwarty zespół w historii Formuły 1, który triumfował cztery razy z rzędu. Dużo tych czwórek, prawda? Mercedes na ten sezon przygotował bolid, który różnił się od konstrukcji rywali. Najdłuższy rozstaw osi w stawce dawał więcej korzyści w szybszych partiach toru. Mercedes najlepiej poradził sobie z kwalifikacjami ze wskazaniem na Hamiltona (11 z 14 pole position dla zespołu). Kierowcy Mercedesa zamienili pierwsze pola na 13 wygranych wyścigów, co brzmi imponująco, po raz kolejny z większym wskazaniem na Hamiltona (10) oraz Bottasa (3). Fin zadebiutował w Mercedesie w tym roku, zastępując Nico Rosberga, który zakończył karierę po zdobyciu mistrzowskiego tytułu. Zestawiono go wtedy z trzykrotnym mistrzem świata, co w mojej ocenie nie było łatwym zadaniem.

Tegoroczny sezon w wykonaniu Mercedesa nie był spokojnym spacerkiem po mistrzostwo. Łączna liczba punktów obu kierowców była najmniejsza porównując trzy poprzednie lata dominacji w Formule 1. Warto zauważyć, że pierwszy dublet Mercedes świętował dopiero w Kanadzie – siódmej rundzie sezonu. Hamilton przypieczętował tytuł na dwa wyścigi przed końcem sezonu. Brytyjczyk ukończył każdy wyścig w punktach (najsłabsza pozycja to dziewiąte miejsce w Meksyku). Kluczem do końcowego sukcesu była równa jazda i prawie 100% niezawodność Srebrnych Strzał.

Drugi to pierwszy przegrany

Otwarcie sezonu w Melbourne, a ściślej mówiąc sobotnie kwalifikacje upewniły wszystkich, że Mercedes nie zamierza odpuszczać tegorocznej rywalizacji. Pole position dla Hamiltona, czyli powtórka z rozrywki. W trakcie wyścigu lepsza strategia leżała po stronie Ferrari, która zapewniła Vettelowi objęcie prowadzenia w mistrzostwach po pierwszym wyścigu. Początek sezonu wyłonił dwóch kontrkandydatów do tytułu i nie byli to kierowcy Mercedesa (uff). Po sześciu wyścigach Niemiec miał na swoim koncie trzy zwycięstwa i trzy drugie miejsca, podczas gdy Hamilton triumfował dwukrotnie i zaliczył poza tym dwa „pudła”. Słabszy weekend w Monako kierowcy Mercedesa zbiegł się z euforią w ekipie Ferrari, przez co Vettel prowadził o 25 „oczek”. W czasie, gdy Hamilton przeciętnie sobie radził, kierowca Ferrari budował kamyczek po kamyczku swoją przewagę. Wiele kontrowersji wzbudził wyścig w Baku, gdzie obaj stracili szansę na zwycięstwo. Vettel ze swojej winy, uderzając w bok bolidu oznaczonego numerem 44 podczas neutralizacji, za co otrzymał karę.

Druga połowa sezonu zdecydowanie ostudziła nadzieję kibiców na końcowy triumf stajni z Maranello. Prowadzenie w mistrzostwach Seb stracił (o ironio) na Monzie – w królestwie czerwonych. Następnie absurdalna kolizja obu kierowców w Singapurze z Maxem Verstappenem, w której miejscu powinien być dublet. Zapachniało przegranymi mistrzostwami, prawda? To jeszcze nic. Dwa tygodnie później nastąpił kolejny dramat w obozie Ferrari. Vettel wystartował z końca stawki po awarii jednostki napędowej, a nawet jeśli czwarte miejsce w wyścigu było świetnym wynikiem, to jego strata do Hamiltona wzrosła do 34 punktów. Zespół ewidentnie nie wytrzymał presji rozwoju swoich maszyn w stosunku do najgroźniejszego rywala, stąd kolejna awaria tym razem w Japonii. 59 punktów „w plecy” i cztery wyścigi do końca. Nawet jeśli w tym sporcie może wszystko się zdarzyć, teraz nie miało prawa. W grę nie wchodził finisz za plecami Hamiltona, jeśli Seb myślał dalej o mistrzowskim tytule. Brytyjczyk dostał swoją szansę na końcowy triumf w amerykańskim Austin, jednak druga pozycja Vettela przeniosła rywalizacje na kolejny weekend.

W Meksyku obliczenia były proste. Jedynie dziewięciu punktów potrzebował Brytyjczyk, by zrównać się ilością tytułów z kierowcą Ferrari. Na starcie wyścigu między rywalami doszło do kontaktu, przez który obaj wylądowali na końcu stawki. Sytuacja była korzystniejsza dla Hamiltona, który nawet nie musiał ukończyć tego wyścigu w punktach, by cieszyć się z tytułu. Ferrari poniosło bezsprzecznie porażkę w tym sezonie, bo w kluczowym momencie nie byli w stanie dorównać tempie Mercedesa, co pokazały liczne awarie u Vettela, ale także w bolidzie Kimiego Raikkonena.

Trzy zwycięstwa na pocieszenie

Ten rok nie należał do zespołu Red Bulla. Trzecie miejsce w klasyfikacji konstruktorów dla stajni z Milton Keyes to z pewnością nie szczyt marzeń. Kierowcy Red Bulla nawet nie stanowili zagrożenia dla dwóch czołowych ekip. Początek roku w wykonaniu Byków nie zachwycił, współpraca z dostawcą silników nie układała się do końca tak, jakby sobie też życzyli. O ile Ricciardo regularnie mieścił się na podium, o tyle drugą stronę garażu dopadł pech i do przerwy wakacyjnej Verstappen nie ukończył aż pięciu wyścigów (siedem w całym sezonie).

Co prawda, po sezonie na koncie Red Bulla znalazły się trzy zwycięstwa. Ricciardo świetnie wykorzystał nieprzewidywalne zwroty akcji w Baku, sięgając po pierwszy i ostatni triumf w sezonie. Australijczyk także nie może mówić o szczęściu. Gdy zespół uporał się z awaryjnością bolidu Verstappena, pech dopadł jego stronę garażu. Kierowca Red Bulla nie ukończył trzech z czterech ostatnich wyścigów. Podobno okazja czyni… zwycięzcę. Podczas wyścigu w Malezji Holender wykorzystał problemy w bolidzie oznaczonym numerem 44, „okradając” go z prowadzenia w wyścigu i tym samym dowiózł do mety drugie zwycięstwo w karierze.

Swojej szansy Max Verstappen nie mógł także odpuścić w Meksyku. Sytuacja, w której najgroźniejsi rywale eliminują się na starcie to woda na młyn dla młodego Holendra. Przyćmiony euforią w ekipie Mercedesa po cichu zrobił swoje, triumfując trzeci raz w karierze.

Część druga podsumowania sezonu 2017, w którym przyjrzymy się zespołom ze środka stawki pojawi się na naszej stronie już w najbliższy poniedziałek.

Image © Mercedes AMG Petronas

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE