Menu

Formuła 1 na legalu

Malezja / Sepang

Parafrazując wypowiedź reklamy z udziałem Lanca Armstronga z 2001 roku „Na czym jedziesz? Jak to na czym? Na legalu” można właściwie ocenić postępowanie nowych władz Formuły 1- Liberty Media.

Otóż coraz bardziej przyjazny fanom amerykańska firma przesunęła kolejną granicę. Granicę, której nigdy nie przekroczyłby sam Bernie Ecclestone, nawet do spółki z CVC. Obecnie na oficjalnej stronie internetowej F1 trwa głosowanie na wyścig o GP Malezji, który ma zostać udostępniony w serwisie YouTube na 19 dni, całkowicie za darmo!

Można powiedzieć z ulgą- nareszcie! Wygląda na to, że dla fanów pełnych pasji do tego pięknego sportu skończyły się raz na zawsze siermiężne lata, gdy FOM (Formula One Managment) kasowało z przestrzeni internetowej archiwalne wyścigi, tylko za to, że nie przynosiły one zarobku.

No właśnie. Zarobek. To chyba słowo klucz do całej układanki. Ale po kolei. Przez 40 lat Formułą 1 rządził niepodzielnie człowiek o hardym charakterze i pod znakiem żelaznej pięści. To on napędził koniunkturę tego sportu, który mogliśmy podziwiać w tym kształcie do końca ubiegłego roku. Dzięki niemu w F1 zaczęły funkcjonować sformułowania takie jak: prawa telewizyjne, reklamy wokół torów, sponsorzy, czy pomieszczenia dla gości. Mowa tu o niejakim Bernardzie Ecclestonie.

Pod koniec lat.90 doszedł do pewnego pułapu, z którego chyba nie umiał już wybrnąć przed nieuchronnie zbliżającym się XXI wiekiem i erą cyfryzacji treści. Z niechęcią pozostawiał klasyczne obiekty, bardziej licząc na grube przychody od organizatorów z Chin, Bliskiego Wschodu, czy Indii. Ale to już historia na inną opowieść.

Od jakiegoś czasu Ecclestone coraz bardziej odsuwał się od fanów. Zacznijmy od jego kontrowersyjnych wypowiedzi. Poczynając od tego, że na pytanie, kiedy odejdzie oznajmił, że „dopiero gdy wyniosą mnie w trumnie”, poprzez braku strategii by przyciągnąć nowych fanów do F1, przez brak zainteresowania młodzieżą, a kończąc na zamykaniu się na nowe propozycje. A to dopiero wierzchołek góry lodowej.

Prawdą jest to, że dla Berniego liczył się tylko czysty zysk. Reszta niespecjalnie go interesowała. I to był gwóźdź do trumny dla kibiców, którzy go znienawidzili. Później doszło jeszcze do wielu innych procesów sądowych, z których nie raz wychodził obronną ręką. Gdy wielu wydawało się, że to już będzie trwać wiecznie. Nagle F1 pogrążoną w kryzysie, z dominującym zespołem Mercedesa zauważyli przedstawiciele Liberty Media. Po raz pierwszy Chasea Careya, obecnego prezesa F1 mieliśmy okazję zobaczyć podczas ubiegłorocznego GP Singapuru. Wtedy na poważnie rozpoczęło się „przejmowanie spółki”, której finalizacja nastąpiła w styczniu.

Oczywistym jest to, że Liberty nigdy nie przyszłoby do Formuły 1 i Ecclestona bez wyraźnej prognozy na zysk w tym aspekcie. To fakt. Ale po za tym pokazują, jak wiele trzeba było zmienić by przystosować sport do standardów XXI wieku.

W tym momencie nie ma jeszcze sensu podsumowywać działalności amerykanów, ponieważ sezon jest w pełni i wszyscy jesteśmy przekonani, że czymś nas jeszcze uraczą. Natomiast to, co już teraz można powiedzieć to fakt, że wykonują swoją robotę prawidłowo. My jako kibice dostajemy to, co tak naprawdę powinno być już od wielu lat.

Wstydem dla F1 było to, że „królowa sportu motorowego” została zakurzona gdzieś pod koniec lat 90 i ustępowała wyraźnie treściami cyfrowymi przed m.in. Moto GP, IndyCar, NASCAR, czy nawet WTCC. Ale to już powoli przeszłość, choć wydaje się, że do pełnego zadowolenia fanów jeszcze daleka droga, lecz znając trud i wysiłek Liberty Media nową F1 w całości obejrzymy zapewne dopiero po sezonie 2020, gdy wygasną obecne porozumienia między zespołami, a szczeblem władzy.

Kilka dni temu pojawiła się nowa inicjatywa na głosowanie wyścigu, który ma zostać udostępniony na prawie trzy tygodnie w Internecie. To ogromny, a zarazem kolejny krok Liberty Media w otwieraniu się na fanów. Od lat słyszeliśmy nieustającą krytykę pod adresem włodarzy F1, którzy nie chcieli otworzyć bogatego archiwum, które przedstawia całą historię tej dyscypliny. Złotego kluczu do zamka strzegł niejaki Bernie Ecclestone i nie zamierzał go wypuścić. Teraz wszystko wydaje się inne. Widać, że Liberty rzeczywiście „jedzie na legalu”.

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE