Był gotów przegrać bitwy, aby wygrać wojnę – Robert Kubica i jego trudny sezon powrotu do Formuły 1

Był gotów przegrać bitwy, aby wygrać wojnę – Robert Kubica i jego trudny sezon powrotu do Formuły 1

W tak hermetycznym środowisku, jakim jest świat sportów motorowych, trudne do zrozumienia jest to, że wstęp do niego może mieć człowiek pochodzący z kraju o znikomej tradycji motoryzacyjnej. Bez wielkiego sponsorskiego zaplecza, rodzinnych koneksji, programów juniorskich, czy ojca z wyścigową przeszłością.

Jego debiut w Formule 1 podczas Grand Prix Węgier w 2006 roku zwrócił uwagę całego świata na Polskę i jej reprezentanta na szczycie sportów motorowych – Roberta Kubicę, który otworzył tym samym nowy, wielki rozdział w historii polskiego motorsportu.

Księga ta mogła zamknąć się przedwcześnie, tuż przed punktem zwrotnym w swojej fabule, pewnego lutowego dnia 2011 roku. Pisarz zadrwił sobie z głównego bohatera, kreśląc scenę okrutnego wypadku, gdzie o życiu postaci zadecydowały zaledwie centymetry. Przyprawił go o ogrom bólu i cierpienia, niezliczonych godzin spędzonych w szpitalnym łóżku i sali operacyjnej, odzierając go z myśli o szybkim powrocie do sportu, który był przecież całym jego światem.

To był wielki plan pisarza. Za pomocą swojego bohatera miał zamiar udowodnić, jak potężną siłą jest ludzka wola walki. Chciał ukazać moc sprawczą naszych marzeń i celów oraz pozwolić nam zrozumieć, że siła do ich realizacji leży głęboko w nas samych.

Po ośmiu latach Robert Kubica powraca do Formuły 1. 22 listopada 2018 roku zespół Williams potwierdził angaż Polaka jako kierowcę podstawowego. W tym miejscu, dla wielu polskich kibiców i fanów zakończył się najtrudniejszy okres w życiu ich bohatera.

Tylko on sam wiedział, że to nie koniec tej wyboistej drogi. A preludium do najgorszego sezonu w Formule 1 dla Kubicy rozbrzmiało już podczas zimowych testów na torze w Barcelonie.

Wiedział, na co się pisze

W momencie, gdy Polak został ogłoszony kierowcą podstawowym Williamsa na rok 2019, miał za sobą jeden sezon spędzony w tej ekipie jako kierowca testowy. Być może ten sezon był pewnego rodzaju zbawienny dla Kubicy, który – poległy w walce na wyższe wkłady sponsorskie w wyścigu o fotel na rok 2018 przez Rosjanina Siergieja Sirotkina – otrzymał "w prezencie" dodatkowe miesiące przebywania i przyglądania się pracy w środowisku ekipy z Grove.

Jasne jest, że w tym czasie nie próżnował. To niepodobne do Roberta, który przez tyle lat powrotu do sprawności walczył właśnie o to – o ponowną szansę pracy w padoku F1. O szansę powrotu do bolidu w wymarzonej serii wyścigowej. Nie mógł w takim momencie spocząć na laurach i liczyć na cud. Wiedział jednak, że musi być cierpliwy, zaszedł już tak daleko, a koniec tej drogi mógł być już tylko jeden. Pole startowe na torze wyścigowym. Jego praca w zespole, choć może niewidoczna dla tak wielu osób z zewnątrz, jego ogromne doświadczenie i wiedza techniczna z pewnością pomogą ekipie zmagającej się z problemami powrócić do dawnej świetności, albo chociaż formy zespołu mianującego się "zespołem Formuły 1".

W tym czasie w Williamsie jeździło dwóch bardzo młodych i niedoświadczonych kierowców. Żaden z nich nie potrafił przekazać pełnego i konstruktywnego feedbacku inżynierom, których zadaniem jest, na podstawie odczuć kierowców, pracować nad poprawkami i wprowadzać je do bolidów. Postawienie na młodzież bez obycia wyścigowego było z początku niejasnym i niewytłumaczalnym pomysłem szefostwa, choć jak się później okazało – koniecznym i korzystnym pod względem finansowym.

Sezon 2018 mianowano najgorszym sezonem od wielu lat w historii tej brytyjskiej ekipy. Legendarnej i jednej z najbardziej utytułowanych ze wszystkich, które kiedykolwiek rywalizowały w Formule 1. Ten rok miał być tym ostatecznym dnem, od którego zespół mógł się już tylko odbić. Gorzej przecież być nie mogło…

Wymieniono skład kierowców na sezon 2019. Jedną stronę garażu objęła w posiadanie brytyjska gwiazda Formuły 2, mistrz tej kategorii, młody i zdolny George Russell, dla którego będzie to debiut na szczycie motorsportu. Jego partnerem był człowiek, który już zasłużył sobie na miano legendy tego sportu. Swoją niesamowitą siłą woli, charakteru i niezłomnością pokonał ośmioletnią drogę powrotną do miejsca, do którego należy. Wygrywając mistrzostwo w WRC2 udowodnił, że mimo swoich ograniczeń i niesprawnej dłoni, potrafi prowadzić piekielnie szybką maszynę z równie niezwykłą precyzją, jak kiedyś. Oprócz tego posiada ogrom wiedzy technicznej, doświadczenie i talent do skrupulatnego przekazywania inżynierom swoich odczuć z jazdy. Wie, czym jest jazda w Formule 1. Potrafi pracować, być wymagający i konsekwentny. Takiego kierowcy potrzebował Williams.

Młodość, dobra znajomość z ogumieniem Pirelli, talent, tempo, racecraft plus doświadczenie, wiedza i zmysł prawdziwego kierowcy wyścigowego. Zespół miał solidne podstawy do tego, by wykonać skok i opuścić tę otchłań beznadziei. Jednak to ostateczne dno okazało się grząskim mułem, w którym Williams utknął już na dobre jeszcze przed startem sezonu 2019.

Świat F1 przekonał się o tym podczas przedsezonowych testów na torze w Katalonii, kiedy okazało się, że inżynierowie nie zdążą na czas z budową modelu FW42. Stracony dzień filmowy dla kierowców, podczas którego mieli przemierzać pierwsze kilometry w nowym bolidzie, poznać je i doszukać się ewentualnych mankamentów. To niby tylko jeden dzień, ale w czasie testów nowej konstrukcji, kiedy ma się za sobą ciężki sezon i chce się walczyć o powrót do dawnej formy, liczy się każdy przejechany kilometr, każda godzina spędzona w samochodzie i każda dodatkowa ilość uzbieranych danych.

Tego poniedziałkowego dnia, pierwszego z tygodniowych testów, za kierownicą bolidu miał zasiąść Robert Kubica. Zrobił to dopiero w czwartek rano, a dziewiczą jazdę nowej maszyny przeprowadził George Russell. Absencja Polaka tylko pogorszyła jego sytuację, ponieważ to właśnie dla niego każde przejechane kilometry miały największą wartość.

Pierwsze godziny spędzone w bolidzie były szansą na zapoznanie się z "nową" Formułą 1, której Robert nie miał prawa znać z racji swojej długoletniej nieobecności w tym sporcie. Stracił tę szansę bezpowrotnie. Williams dopuścił się sporego blamażu, podniosła się również fala krytyki na włodarzy ekipy, którzy konsekwentnie trzymali się wersji "To nie jest problem. Mamy czas. Nie poddajemy się, ciężko pracujemy i widzimy światełko w tunelu. Williams powróci jeszcze silniejszy." Chyba nikt nie przypuszczał wtedy, że takie zaklinanie rzeczywistości stanie się to swego rodzaju standardem dla Williamsa. Mocno godzącym w niegdysiejszą renomę i legendę tego zespołu.

Czy Robert nie widział, w jak krytycznym stanie jest ten zespół? Oczywiście, że widział. Będąc w jego strukturach, przyglądając się kulturze pracy i zasadom jego funkcjonowania, nie mógł nie zauważyć, że Williams znajduje się w agonii. Dlaczego więc zdecydował się na powrót na tor wyścigowy F1 ze świadomością, że będzie okupował koniec stawki przez cały sezon?

Zrobił to z jednej prostej przyczyny – powrót do Formuły 1 był jego największą misją do czasów wypadku w Ronde di Andora. Udało mu się ujść z życiem, ale nie bez konsekwencji. Utracił pełną sprawność prawej ręki, kości jego prawej nogi złamane były w wielu miejscach. Podjął heroiczną walkę o odzyskanie zdrowia i chociaż części dawnego siebie, jednak skutki tego dramatycznego wydarzenia okazały się nieodwracalne. Ocalał z niewładną prawą dłonią, co zmusiło go do nauki swojego ciała i umysłu na nowo.

Przez pierwsze lata nie myślał o Formule 1. Priorytetem było poznanie innego siebie i zaakceptowanie swoich ograniczeń. Z czasem, gdy powrócił do czynnego uprawiania motorsportu, zaczął przyświecać mu cel o powrocie na szczyt. Nie przyznawał się do tego, ale ci, co go dobrze znają wiedzieli, że jego miłość do F1 nie zgasła.

Dlaczego więc, stojąc przed realną szansą na ściganie się, miał z niej zrezygnować? Nawet kosztem zajmowania ostatniego miejsca i przylgnięcia do niego metki "najgorszego zawodnika w stawce?" Robert jest kierowcą wyścigowym z krwi i kości. Ściganie się to jego życie, a właśnie o to życie przecież walczył. Przyjął to zadanie z satysfakcją, ale też poczuciem głębokiego obowiązku udowodnienia – nie światu, lecz samemu sobie – że praca, którą wykonał przez te osiem lat, nie poszła na marne. Chciał znów utwierdzić się w przekonaniu, tym razem jadąc na torze w bezpośrednim kontakcie z innymi kierowcami, że wciąż jest w nim to "coś", co odnalazł w sobie podczas przedsezonowych testów F1 w Walencji w 2017 roku.

Ponownie na starcie wyścigu Formuły 1

O tym widoku śnili wszyscy jego najwierniejsi kibice. Wielu z nich zwątpiło w ten powrót, jednak ci, co wytrwali, otrzymali wspaniałą nagrodę.

Mówił o niej sam Robert podczas jednego z wywiadów. Ustawienie bolidu z numerem 88 na polu startowym podczas tegorocznego Grand Prix Australii zadedykował właśnie im. Zdawał sobie sprawę, że beznadziejna forma zespołu, który reprezentuje, może umniejszyć wartość tego sukcesu. Jednak zawsze liczyło się tylko jedno. Ściganie.

Australia nie przyniosła rozczarowania. Doskonale wiedziano, że kierowcy Williamsa nie zajmą innych pozycji niż dwie ostatnie. Jedyne, co mogło w tym czasie bardziej zmartwić i zaskoczyć to strata czasowa Russella i Kubicy do czołówki – trzy, a nawet cztery sekundy. W sporcie, jakim jest Formuła 1, powiedzieć, że taka różnica to przepaść, to jakby nic nie powiedzieć.

Stoicyzm Roberta podczas udzielania wywiadów po wyścigu był imponujący. Wiedział przecież, że nie mogło być inaczej. Już po starcie wyścigu dopadł go pech, gdy zderzył się z Pierre’m Gasly’m z Red Bulla i uszkodził przednie skrzydło. Po wyjeździe z alei serwisowej tracił minutę do pozostałych. W efekcie był dublowany przez czołówkę aż czterokrotnie. Robert nigdy wcześniej nie mierzył się z taką sytuacją. To raczej on dublował, narzucał tempo pozostałym, walczył z lepszymi od siebie i objeżdżał ich, jak chciał. Tak, kiedyś to było… Inna F1, inne przepisy, inne bolidy, zespoły. "Prawdziwe" zespoły…

Komentując swój występ, był zadowolony. Miał w końcu z czego. Jeszcze dwa lata temu starty w Formule 1 z jego ograniczeniami wydawały się nie do pomyślenia. Wykonał pierwszą część swojej misji – misji powrót. Uciszył wielu sceptyków i niedowiarków. Nie wszystkich jednak. Ci już spoglądali w stronę Księstwa Monako i najtrudniejszego toru w całym kalendarzu F1.

Misja Monte Carlo

To tutaj mieści się obiekt brutalnie weryfikujący wszelkie umiejętności szczęśliwców, którzy dostąpili zaszczytu rywalizacji w najwyższej kategorii wyścigowej. To w Monte Carlo poznaje się, kto jest prawdziwym kierowcą wyścigowym. I to tutaj miała rozwikłać się zagadka, jak w najbardziej ciasnym zakręcie w całej Formule 1 poradzi sobie Robert Kubica.

To jeden z ulubionych torów Polaka. Bo prawdziwy kierowca najlepiej czuje się na wymagających i trudnych pętlach. GP Monako było również pierwszym Grand Prix od początku sezonu, kiedy to Kubica spisywał się naprawdę dobrze. Prowadząc tę maszynę, tylko podobną do prawdziwego bolidu F1, miał wielką szansę odbić się od ostatniego miejsca i ukończyć wyścig wyżej od zespołowego partnera.

Po pokonaniu przez Roberta słynnego nawrotu Grand Hotel Hairpin, wszelkie spekulacje na temat niesprawności jego prawej dłoni zostały ostatecznie rozwiane. Tym występem, choć jego ostateczny efekt zepsuł kontakt z Antonio Giovinazzim, udowodnił, że jest w stanie się ścigać. Podczas tego wyścigu Polak wykazywał genialne tempo, mógł w końcu poczuć smak prawdziwej rywalizacji z innymi kierowcami i bronić swojej pozycji. Niestety po tym weekendzie pozostał spory niesmak, który ufundował Kubicy jego zespół. Każdy kierowca, któremu nie układa się współpraca ze swoim inżynierem wyścigowym, może mówić o sporym problemie. Tym większym, jeśli inżynier naprawdę lekceważąco podchodzi do swojego zadania. Kubica doświadczył tego właśnie w Monte Carlo i być może już wtedy zaczął zdawać sobie sprawę, że jego dobro i osiągi mogą nie leżeć w interesie nawet jego najbliższych współpracowników.

Sprawiedliwość dziejowa i punkt warty więcej niż złoto

Grand Prix Niemiec zapowiadało się ekscytująco ze względu na prognozę pogody przewidującą opady deszczu. Sprawdziły się one w stu procentach, dzięki czemu niedzielna rywalizacja na torze Hockenheimring zaliczana jest do jednego z najlepszych i najbardziej dramatycznych wyścigów sezonu 2019.

Kierowców Williamsa, wizja mokrego toru z pewnością mogła przyprawiać o gęsią skórkę. Od początku roku cierpieli na niedostatek przyczepności (jeden z nich zadziwiająco częściej zmagał się z tym problemem), a przywiezione na ten weekend poprawki nie zadziałały tak jak powinny.

Dla Roberta był to wyścig, w którym walka o przetrwanie była podwojona. Ciężko mu było prowadzić ten bolid po suchej nawierzchni, a co dopiero na śliskiej, jadąc za resztą stawki z ograniczoną widocznością przez tryskającą spod kół wodą. Jedyną szansą na dobry wynik dla niego było po prostu dowiezienie samochodu do mety.

Robert, z racji tego, iż potrafi świetnie jeździć w deszczu, tym razem również jechał lepiej niż większość rywali w o wiele lepszych samochodach.

Dramaturgia tego wyścigu sięgała gwiazd, po tym, jak z rywalizacji odpadali kolejni kierowcy, Kubica piął się wyżej, nadal utrzymując dobre tempo. W miarę jak tor zaczął przesychać, różnice między Polakiem a jadącym przed nim Russellem, zaczęły się powiększać. Ale to właśnie wtedy sprawiedliwość przyszła upomnieć się o swoje – Brytyjczyk popełnia błąd, wyjeżdżając poza tor, co wykorzystał Robert, wymijając Brytyjczyka. Nie oddał już tej pozycji i ukończył wyścig na dwunastym miejscu. Niewiele brakowało do punktów, ale to i tak najlepszy dotychczasowy wynik Williamsa.

Po wyścigu pojawiła się informacja o podjęciu przez FIA dochodzenia w sprawie nieprzepisowych ustawień obu bolidów Alfy Romeo, czego wynikiem była kara doliczenia 30 sekund nałożona na kierowców. Raikkonen i Giovinazzi wypadli z pierwszej dziesiątki, a na dziesiąte, ostatnie punktowane miejsce wskoczył Robert Kubica.

Radość wśród polskich kibiców była nie do opisania, mainstreamowe media prześcigały się w ogłaszaniu tej dobrej nowiny. Robert wzruszał tylko ramionami na pytanie dziennikarzy, jak czuje się zdobywca jedynego punktu dla Williamsa w tym sezonie. Wie, że to nie była w pełni jego zasługa, ale czy z tym samochodem dałoby się zrobić coś więcej?

Alfa Romeo założyła apelację, ale FIA nie cofnęła swojej decyzji. Kubica pozostał z jednym oczkiem na swoim koncie.

Polskie Grand Prix Węgier

Jak Kubica sam przyznaje tor Hungaroring nigdy nie był dla niego łaskawy. Jednak to tutaj w 1997 roku pierwszy raz spotkał się ze światem Formuły 1, śledząc wyścig jako kibic. Wtedy obiecał sobie, że powróci tutaj tylko jako jeden z najszybszych kierowców świata.

Wrócił 6 sierpnia 2006 roku, startując w swoim debiutanckim wyścigu F1. Po kilku przygodach na torze udało mu się dojechać na znakomitym siódmym miejscu, jednak po zakończeniu rywalizacji został zdyskwalifikowany za zbyt lekką masę bolidu.

Jego najlepszym wynikiem na węgierskim torze było piąte miejsce z 2007 roku. Mimo niezbyt udanych występów, z każdym kolejnym rokiem na trybunach toru Hungaroring przybywało coraz więcej polskich kibiców.

Pojawiali się oni nawet w czasie ośmioletniej nieobecności Roberta w F1. Po ogłoszeniu powrotu Polaka na tor wyścigowy, tegoroczne GP Węgier stało się prawdziwym biało-czerwonym festiwalem. Fenomenem było to, że kierowca najsłabszego zespołu, jeżdżący najsłabszym bolidem i zamykający stawkę w każdym wyścigu, mógł liczyć na największe wsparcie kibiców i fanów. W tym roku na Hungaroringu nazwisko "Kubica" skandowano najgłośniej. I choć tym razem Robert znów zajął w wyścigu ostatnie miejsce, jadąc na granicy przyczepności i walcząc o utrzymanie się na torze, na trybunach przez cały czas trwania wyścigu trwała polska fiesta. Ten gorący doping był wyrazem uznania, szacunku i podziwu dla dokonań Kubicy i jego fenomenalnego powrotu do sportu.

Po zakończonym wyścigu Polak podziękował za wsparcie tymi słowami: "Jeśli chodzi o nas szkoda, że tak się to ułożyło w ten weekend. Dziękuję jednak wszystkim kibicom. Mam nadzieję, że mimo wszystko będą dobrze wspominać wyjazd do Budapesztu. Bo ja będę go dobrze wspominać tylko dzięki nim."

Decyzja mogła być jedna

Po letniej przerwie sytuacja Williamsa ani na trochę się nie poprawiła. Szefowa zespołu Claire Williams dostrzegała jednak światełko w tunelu dzięki "wyraźnemu planowi działania, który został wdrożony i wyjdzie na jaw w trakcie sześciu miesięcy."

Pierwsze Grand Prix po wakacjach odbyło się w Belgii na torze Spa-Francorchamps, jednym z legendarnych i najbardziej wymagających torów w całym kalendarzu F1. Bardzo dużą rolę odgrywa tutaj aerodynamika samochodu oraz moc silnika, ponieważ aż 76% okrążenia pokonuje się na pełnym gazie. O ile Williams o moc silnika Mercedesa nie musiał się martwić, tak ze sprawami aerodynamicznymi i dociskiem byli daleko w tyle za jakimkolwiek przyzwoitym poziomem.

Kubica w rozmowie z dziennikarzami przyznawał, że po letnim odpoczynku ma pozytywne nastawienie do tego weekendu. Rozczarowanie przyszło niemal natychmiast. Już podczas piątkowej sesji treningowej, kiedy to okazał się wolniejszy od Nicholasa Latifiego, kierowcy F2, któremu w tym roku wyznaczono sześć piątkowych jazd w barwach Williamsa. Reszta weekendu nie przyniosła żadnej poprawy. Nie wiadomo było, gdzie istnieje to rzekome światełko w tunelu, ani w którym miejscu ten plan działania miałby się objawić.

"Jedziemy we własnej lidze" – tak Polak skomentował swój udział w wyścigu w Belgii, na jednym z jego ulubionych torów. Ten występ skutecznie sprowadził go na ziemię i nie napawał specjalnym optymizmem przed kolejnym Grand Prix na równie trudnym torze.

Włoski obiekt Monza ma podobną charakterystykę do belgijskiego toru i jest tym, na którym kierowcy osiągają największe prędkości, dając absolutnie maksymalny wycisk swoim silnikom. Tutaj również ważna jest przyczepność, generowana przez elementy aerodynamiczne samochodu. Była to kolejna porażka Williamsa i kolejny weekend do zapomnienia dla Kubicy.

Cierpliwość Polaka zaczyna się wyczerpywać. Tak jak dotąd próbował wierzyć w swój zespół i ludzi, z którymi pracuje, tak coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że Williams przechodzi tak zaawansowane już procesy rozkładu, że właściwie nic nie jest już w stanie tego zahamować.

Zaczęto nieśmiało poruszać temat przedwczesnego odejścia Kubicy ze stajni z Grove. W wypowiedziach i komentarzach Polaka doszukiwano się drugiego dna i słów, które wskazywałyby na zamiary naszego kierowcy. W końcu on sam zdecydował się uciąć wszelkie spekulacje i plotki, ogłaszając swoją decyzję podczas czwartkowej konferencji prasowej przed GP Singapuru. Po sezonie 2019 zakończy swoją współpracę z zespołem Williams.

"Chcę podziękować za dwa ostatnie lata i za to, że mój powrót do F1 stał się możliwy. Poczułem, że przyszedł czas na następny rozdział w mojej karierze" – powiedział podczas konferencji.

Wykonał tym dosyć sprytny ruch, stawiając ekipę w kłopotliwej sytuacji. Wraz z jego odejściem, odejdzie również jeden ze sponsorów zespołu, PKN Orlen i jego spory wkład finansowy. Ale Robert wiedział, że znajdą za niego godne i z pełnym portfelem zastępstwo.

Kiedy z jego barków spadł już ten ciężar, mógł z większym dystansem podchodzić do pozostałych w tym sezonie wyścigów. Jak pokazał rozwój dalszej części rywalizacji, dystans ten naprawdę mu się przydał…

Szczyt absurdu 1.0

Jedyną statystyką, jaką mógł pochwalić się Kubica (oprócz rekordowych czasów pit stopów) była stuprocentowa frekwencja na mecie dotychczasowych wyścigów. W momencie, gdy wiadome było to, iż Williams nie ma o co walczyć, a ponowna szansa na zdobycie punktów po GP Niemiec w tym sezonie jest niemożliwa, ukończenie wszystkich 21 wyścigów było jedynym celem dla Polaka. Nawet tę możliwość odebrał mu zespół, dzięki któremu powrócił do Formuły 1.

GP Rosji, rozgrywana na torze w okolicach Soczi, uznawana jest przez wielu za jedną z najmniej barwnych i emocjonujących Grand Prix w kalendarzu. W tym roku było inaczej, nie tylko ze względu na kolejne zaognienie wojny domowej w Ferrari. Sporo emocji wywołała niekonwencjonalna decyzja o wycofaniu Roberta Kubicy z wyścigu, pół okrążenia po tym, jak swój bolid rozbił George Russell. Powód?…

Minęło już trochę czasu od tamtego wyścigu (granice irracjonalności zdążyły się jeszcze przesunąć), a oficjalny komunikat prasowy Williamsa, mówiący o tym, że decyzja ta była podyktowana chęcią zaoszczędzenia części zamiennych, wciąż budzi potężny niesmak. Mogli podać każdy inny możliwy powód – choćby duże problemy z układem hamulcowym w obu samochodach – który brzmiałby w miarę sensownie i na miarę prawdziwego zespołu Formuły 1. Ta sytuacja ukazała Williamsa jako parodię zespołu F1. Czy mogło być jeszcze gorzej?

Szczyt absurdu 2.0

W kontekście wszystkich występów Roberta, w trakcie całego weekendu wyścigowego, bardzo często pojawiało się stwierdzenie "cudu zapomnienia" po pierwszej sesji treningowej.

Podczas pierwszego przejazdu w piątek, kiedy ustawienia samochodu były w miarę "neutralne", Polak nie raz okazywał się być szybszy od swojego zespołowego partnera. W momencie, gdy na podstawie zebranych danych rozpoczynały się prace przy samochodzie i szykowano go na trening numer dwa, tempo Kubicy natychmiast okazywało się gorsze, a strata między kierowcami nienaturalnie wzrastała.

W czasie piątkowych treningów przed GP Japonii obaj kierowcy Williamsa testowali eksperymentalne przednie skrzydło, skonstruowane już z myślą o sezonie 2020. I o ile w bolidzie Russella dawało ono gorsze osiągi, tak Robert, po raz pierwszy od przedsezonowych testów, był naprawdę zadowolony z jazdy. Co prawda różnica między czasami kierowców nie była jakaś spektakularna, ale widać było wyraźnie, że samochód z numerem 88 prowadzi się stabilniej i pewniej. Ustalono, że Kubica pojedzie kwalifikacje i wyścig właśnie z tym skrzydłem.

W końcu coś pozytywnego. Jakiś cień nadziei, że sesja kwalifikacyjna będzie dla nich obu bardziej wyrównana. Niestety słowo "równość" w słowniku Williamsa chyba już nie istnieje, mimo iż jego echo słychać było bardzo często w wypowiedziach szefowej.

To właśnie za jej decyzją – podczas jej nieobecności na torze Suzuka – tuż przed kwalifikacjami, nowe skrzydło w samochodzie Polaka zostało zastąpione starym. Robert pojawił się na okrążeniu wyjazdowym, ale kilka chwil po opuszczeniu alei serwisowej, doszło do niefortunnego zderzenia z barierą. Uszkodzenia okazały się duże i nie było stuprocentowych szans, że Kubica wystartuje w wyścigu (sesja kwalifikacyjna odbywała się w niedzielę rano z racji szalejącego w sobotę tropikalnego tajfunu).

Ostatnie pokłady cierpliwości wyczerpały się. Wściekłość Kubicy w trakcie wywiadów z dziennikarzami była odczuwalna nawet dla widzów przed telewizorami. W tamtym momencie musiał naprawdę gryźć się w język, choć padły z jego ust pewne znamienne słowa: "Pewne granice zostały przekroczone."

Czyli jednak istniał jakiś górny pułap kuriozum… chociaż nie. Ostateczny szczyt zespół ten osiągnął poprzez słowa swojej szefowej: "Zabranie Kubicy przedniego skrzydła w Japonii? To była właściwa decyzja, zważywszy na to, co stało się w kwalifikacjach. Nie chcieliśmy narażać tego elementu na uszkodzenia lub straty. To było jasne. Przednie skrzydło nie miało być używane w niedzielę, od początku taki był plan."

Po tej wypowiedzi doskonale było widać priorytety tego zespołu – przetrwać sezon jak najtańszym kosztem. Nie licząc się nawet ze zdrowiem i życiem swoich zawodników. O reputacji i legendzie tej ekipy już nie wspominając.

Koniec (?)

Wiele osób, w tym także sam Robert, z ulgą przyjęli fakt, że GP Abu Zabi to ostatnia runda tegorocznego sezonu. To również zakończenie sezonu powrotu Polaka na szczyt motorsportu. Dokonał tym naprawdę wielkiej rzeczy, na zawsze zapisując się na kartach historii Formuły 1.

Przyszedł czas na ostatnie Grand Prix, w której weźmie udział jako kierowca etatowy. Czas na ostatni wyjazd na pole startowe, ustawienie bolidu, założenie kasku. Ostatnie pożegnanie z osobami z padoku – zwłaszcza spoza Williamsa – którzy pamiętają go i szanują. Ostatnie 55 okrążeń w produkcie bolidopodobnym, którego nie będzie mu żal opuścić.

Gdyby w kontekście Kubicy można było mówić o tęsknocie za czymś, z pewnością byłaby to tęsknota za prawdziwym ściganiem. Jazdą na krawędzi nie przyczepności, a maksymalnych osiągów samochodu. Prawdziwy kierowca wyścigowy żyje właśnie po to, by dosięgać i przekraczać wszelkie limity. A Robert Kubica jest właśnie takim kierowcą.

Polak nie porzuca jednak całkowicie swojej wymarzonej kategorii wyścigowej. Od kilku miesięcy spekuluje się na temat jego nowej roli w Formule 1 w przyszłym sezonie. Przypisuje mu się miejsce kierowcy testowego w dwóch zespołach: Haas i Racing Point, jednak funkcja ta połączona będzie ze startami w innej serii wyścigowej.

Już na początku grudnia ogłoszono udział Kubicy w testach DTM na hiszpańskim torze Jerez. I choć nadal w stu procentach nie jest potwierdzone, że Kubica będzie jeździł w przyszłym roku właśnie w tej kategorii, dla wielu osób jasne jest, że DTM to kolejny duży krok w karierze tego kierowcy.

Podsumowanie sezonu w liczbach

Pod względem statystyk sezon 2019 był najgorszym sezonem F1 w karierze Roberta Kubicy. Przegrał wszystkie 21 pojedynków kwalifikacyjnych ze swoim partnerem z zespołu. Nie ukończył dwóch wyścigów (w Rosji z polecenia zespołowego i w Stanach Zjednoczonych ze względu na przebitą oponę). Przeważnie dojeżdżał do mety jako ostatni, wielokrotnie dublowany przez czołówkę. Został okrzyknięty najgorszym kierowcą tegorocznej stawki, przede wszystkim przez osoby, które nie pokwapiły się o dokładniejsze rozeznanie kulis pracy ekipy Williams. Zajął dziewiętnaste miejsce w końcowej klasyfikacji kierowców, wyprzedzając tylko George’a Russella z jego zerowym dorobkiem punktowym.

Robert nie opuszcza jednak głowy i mówi: "Jeśli miałbym odpowiedzieć na pytanie, czy zrobiłbym to jeszcze raz i znów przeżył ten sezon, to odpowiedź brzmi: tak. Bo to była moja misja."

W obecnych czasach nieczęsto można spotkać osoby o takiej sile charakteru i woli walki, które mimo spojrzenia śmierci w oczy, nadal są odważni robić to, co kochają i przede wszystkim to, co prawie odebrało im życie.

Czy istnieje zatem możliwość pojawienia się w Formule 1 Roberta Kubicy w wersji nr 3? Jak powiedział sam szef Mercedesa Toto Wolff: "Z nim nigdy nic nie wiadomo." Jednak los Roberta leży w jego własnych rękach, więc wszystkich jego kibicom i fanom pozostaje mu wyłącznie zaufać.

"Ale w życiu chodzi o to, by iść do przodu i muszę trzymać umysł zajętym. Kiedy nie masz zajęcia, zaczynasz myśleć za dużo. Niestety sprawy nie zmienią się od patrzenia w przeszłość. Przeżyłem w F1 bardzo dobre lata i jest to coś, co zawsze będzie w mojej pamięci, moim sercu" – Robert Kubica.