Mistrzowie rodzą się w deszczu

Ayrton Senna / © Flickr / Mike Powell

W jaki sposób zaprezentować swoje absolutnie nietuzinkowe umiejętności, gdy dysponuje się znacznie słabszą maszyną w porównaniu do konkurencji? W każdej dyscyplinie sportu trudne warunki atmosferyczne premiują naturalny talent. Niemniej jednak ze względu na specyfikę w Formule 1 jest to chyba najbardziej widoczne. W tym artykule przyjrzymy się deszczowym wyścigom, w których narodziły się takie gwiazdy jak, chociażby Jim Clark, Ayrton Senna, Sebastian Vettel, Lewis Hamilton czy Max Verstappen.

W świecie szerokich, wyasfaltowanych poboczy, idealnie dostrojonych maszyn, które pokonują zakręty niczym po szynach, można powiedzieć, że nie ma miejsca na gladiatorskie wojny między najlepszymi. Deszcz jednak przywraca na nowo blask sportowej rywalizacji, nieprzewidywalności i dreszczyku emocji. Inżynierowie ze względu na to, że tak naprawdę z okrążenia na okrążenie warunki się zmieniają, nie są w stanie dokładnie ustawić bolidów, co zmusza kierowców do niezwykłej precyzji w operowaniu gazem i refleksu w dłoniach. Gdy największe legendy kończą w barierach, młode wilki dostają niepowtarzalną okazję do zabłyśnięcia w światłach jupiterów.

GP Belgii 1963 – Jim Clark

Brytyjczyk w swoim pierwszym mistrzowskim sezonie dokonał niesamowitego osiągnięcia. Belgijski tor Spa słynie z kapryśnej pogody. Niemniej jednak z opisu zgromadzonych tam wówczas dziennikarzy wynika, że warunki były naprawdę trudne. Mgła i silny deszcz – z taką aurą są w stanie uporać się tylko najlepsi.

Jim Clark wyśmienicie ruszył z ósmego pola (ulokowanego w trzecim rzędzie) i w Eau Rouge wjeżdżał już jako lider. Po siedemnastu okrążeniach pętli, liczącej 14 kilometrów (wtedy jednej z krótszych w kalendarzu), deszcz znacząco przybrał na sile, a on już zdążył zdublować całą stawkę z wyjątkiem drugiego Bruce’a McLarena. Na mecie tylko reprezentant zespołu Cooper był na tym samym okrążeniu, co lider jednak jego strata wynosiła aż 4 minuty i 54 sekundy.

Była to druga runda sezonu 1963. Została ona rozegrana 9 czerwca i zapoczątkowała serię zwycięstw Jima Clarka i zaprojektowanych przez Colina Chapmana konstrukcji zespołu Lotus, które zapisały się na kartach historii. Niestety również tych czarnych…

GP Monako 1984 – Ayrton Senna

Brazylijczyk słynął z fantastycznej, wręcz nadludzkiej kontroli bolidu. Wypracował to sobie jeszcze jako nastolatek. Gdy tylko spadł deszcz, młody Senna biegł na tor, wsiadał w maszynę, szukał limitów i uczył się panowania nad gokartem na mokrej nawierzchni. Zaprocentowało to na przyszłość, ponieważ już w swoim debiutanckim sezonie jego gwiazda zabłysnęła pełnią blasku.

Tor w Monako, ze względu na swoją charakterystykę – wąskie uliczki, bliskość barier – nawet na suchej nawierzchni stanowi nietuzinkowe wyzwanie dla kierowców. Gdy jednak dodamy do tego mokrą nawierzchnię, to zadanie, któremu muszą sprostać zawodnicy jest po prostu niewyobrażalne.

Ayrton Senna ruszył do GP Monako 1984 z trzynastego pola. W swoim Tolemanie z okrążenia na okrążenie, w strugach deszczu, osiągał coraz lepsze wyczucie i był coraz szybszy. Wyprzedzał bez najmniejszych kompleksów takich mistrzów jak Keke Rosberg, Nelson Piquet czy Niki Lauda. Inni popełniali błędy, a on pędził jakby jeździł po suchej nawierzchni.

Gdy uporał się z większością rywali, przed sobą miał tylko lidera wyścigu – Alaina Prosta. Przewaga Francuza topniała z każdym zakrętem. Warunki drastycznie się pogorszyły. Dziś bez wahania dyrekcja wyścigu podjęłaby decyzję o przerwaniu rywalizacji, a my przyjęlibyśmy to w spokoju. Wtedy jednak z kompletną dezaprobatą i brakiem zrozumienia przyjęto wywieszenie czerwonej flagi na prostej startowej. Należy do tego dodać fakt, że taki krok podjęto wskutek jednoznacznych gestów Alaina Prosta, który domagał się przerwania GP Monako 1984. W tych czasach jego słowo było niemal święte, ponieważ był ulubieńcem szefa odpowiedzialnego za stronę techniczną i regulaminową Formuły 1 - organizacji FISA (później zwaną FIA) – Jean-Marie Balestre.

W pewnym niesmaku, który jak się później okazało, był zapowiedzią dalszej części jego kariery, Ayrton Senna odebrał trofeum za drugie miejsce. To było pierwsze podium dla zespołu Toleman. Ekipy, której możliwości zupełnie nie znajdowały się na tym poziomie. Taki wynik nie miał prawa się zdarzyć. W ten sposób młody Brazylijczyk zawstydził wielkich mistrzów i pokazał, że w przyszłości najlepsze zespoły będą się o niego bić.

GP Wielkiej Brytanii 2008 – Lewis Hamilton

Rzadko się zdarza, że czołowe zespoły decydują się na zatrudnienie debiutanta w swoje szeregi. Jeśli się tak dzieje, to musi być tego wart. Tak było z Lewisem Hamiltonem i McLarenem. Brytyjczyk w sezonie 2007 sprawiał swoimi występami na torze, że w głowie Rona Dennisa mogły pojawić się wątpliwości, co do słuszności swojego wyboru. Braku szybkości w żadnym wypadku nie można było mu zarzucić, ale uleganie presji czy częste błędy były wtedy na porządku dziennym.

Zawsze wyjątkowy był dla niego start przed własną publicznością. Silverstone w strugach deszczu. To jest wyzwane, jakie z pewnością mógłby polubić! Fantastyczna trakcja McLarena MP4-23 pozwoliła jemu oraz jego partnerowi z ekipy, Heikkiemu Kovalainenovi, na objęcie prowadzenia już w pierwszym zakręcie. Po kilku okrążeniach Hamilton wyprzedził Fina i już samotnie mknął do mety, mijając kolejnych rywali uwięzionych w żwirowej pułapce.

Wygrał z przewagą ponad minuty nad drugim Nickiem Heidfeldem i chyba jako jedyny nie zaliczył ani jednego wyjazdu poza tor. Tym występem niewątpliwie zasłużył sobie na pierwszą koronę mistrzowską, którą wywalczył w dramatycznych okolicznościach na torze Interlagos w Brazylii.

Niektórzy próbują przyćmić blask tego zwycięstwa sugerując, że jego bolid był ustawiony pod mokrą nawierzchnię. Jeśli nawet to jest prawda, to warto pamiętać o tym, że trzeba jeszcze umieć to wykorzystać. Idąc tą teorią, można z dużą dozą pewności stwierdzić, że maszyna Heikkiego Kovalainena również była przygotowana na deszcz. Niemniej jednak Fin popełniał błędy i zamiast wywalczenia podium, pewnej drugiej pozycji, minął linię mety dopiero jako piąty.

GP Włoch 2008 – Sebastian Vettel

Zespół Toro Rosso nigdy nie miał być ekipą walczącą o zwycięstwa i podia. Stajnia z Faenzy miała stanowić zaplecze dla zespołu Red Bull Racing. Sezon 2008 był jednak kompletnym zaprzeczeniem tego trendu. Eksplozja talentu pierwszego perspektywicznego juniora „Czerwonych Byków” – Sebastiana Vettela – nastąpiła właśnie na torze Monza.

Świątynia prędkości – tak o obiekcie ulokowanym w okolicy Mediolanu mawiają legendy. Prosta pętla, składająca się z zaledwie dziesięciu zakrętów, stanowi wyzwanie nie tylko dla jednostek napędowych, lecz także dla kierowców. Dążące do pozycji jak najbardziej poziomej skrzydła nie generują tutaj tak dużego docisku aerodynamicznego jak przy tradycyjnym, bardziej poprzecznym ułożeniu. Przez to pokonywanie wiraży staje się ogromnym wyzwaniem, a w deszczu jeszcze większym.

Niemiec ze znaną tylko sobie precyzją wykorzystał pełnię potencjału maszyny Toro Rosso i sięgnął po pole position. Czołówka zaryzykowała z wyjazdem na swoje najszybsze okrążenia na oponach pośrednich i w efekcie Lewis Hamilton czy Kimi Raikkonen musieli się zadowolić startem z końca stawki.

Tak naprawdę, nie mając żadnej konkurencji wokół siebie, Sebastian Vettel kontrolował sytuację. Jechał cały czas równym tempem, powiększał przewagę nad rywalami i wygrał. Był to wówczas pierwszy triumf w historii tego zespołu.

Dla Red Bulla stało się wtedy jasne – mamy w swoich szeregach talent, którego nie możemy wypuścić z rąk. Dlatego też na kolejny sezon Niemiec dostał angaż w seniorskiej ekipie. Stał się też oczkiem w głowie nieformalnego szefa zespołu Red Bull Racing, dr Helmuta Marko.

GP Brazylii 2016 – Max Verstappen

Spośród tych wszystkich wyścigów, moim zdaniem, jedynie ten może równać się osiągnięciu Ayrtona Senny z Monako 1984. Ulewny deszcz tuż przed startem wyścigu dla obecnej generacji kibiców stanowi obawę długich godzin oczekiwań na poprawę warunków atmosferycznych, żeby zawodnikom w ogóle pozwolono na rywalizację. Tym razem jednak pozwolono kierowcom się ścigać. Co prawda wyścig został rozpoczęty za samochodem bezpieczeństwa, ale wynagrodziły nam to dalsze wydarzenia.

Kluczem w takich warunkach jest unikanie kałuży. Ci, którzy się do tego nie zastosują, rozbiją swoje bolidy. Tak też było z Kimim Raikkonenem, Marcusem Ericssonem, a cudem z opresji wyszedł Max Verstappen.

Holender jednak na przestrzeni wyścigu potrafił odnaleźć optymalną linię w niemal każdym miejscu na torze. Po zewnętrznej, pokonując dłuższą trasę w zakręcie, przecząc prawom fizyki wyprzedzał rywali. Jechał w taki sposób, jakby kilka dziesiątych sekundy wcześniej już wiedział, jak w danej sytuacji zachowa się bolid i co zrobić, żeby zapobiec uślizgowi lub piruetowi. Potrafił wyczuć warunki, zapanować nad tańczącym od lewej do prawej bolidem w sposób znany tylko sobie.

Bez wątpienia wygrałby ten szalony wyścig, ale szyki pokrzyżowała mu zła strategia zespołu Red Bull Racing. Niepotrzebnie zmieniono mu opony na przejściowe. Max Verstappen później przebijał się z końca stawki, żeby ostatecznie dotrzeć na najniższy stopień podium.

Image: © Flickr / Mike Powell