MotoGP HOT3 #11: GP Teruel. Niespodziewany triumfator

GP Teruel 2020 / © Petronas Yamaha SRT

Za nami już jedenasta runda tegorocznego sezonu MotoGP, GP Teruel. Padła ona łupem Franco Morbidellego, który odniósł dość niespodziewany sukces, patrząc na to jak mocne były Hondy. Zawodnicy jeżdżący na modelu RC213V nie wytrzymali jednak presji i skończyli „na deskach". 

Wyścig o GP Teruel przebiegał nieco inaczej niż pierwsza tegoroczna rywalizacja na torze MotorLand Aragon, jednak na podium zmienił się tylko jeden zawodnik. Mimo to doszło do wielu zmian i błyszczeli inni kierowcy. Jedni wykorzystali swoją szansę, inni natomiast ją zaprzepaścili. Jednocześnie też miniony wyścig był aż o prawie 7 sekund szybszy niż ubiegłotygodniowy. To potwierdza, jak ważne w MotoGP są dane. A co moim zdaniem było najważniejszej w GP Teruel? Oto moje HOT3: 

1. Atut Yamahy w pełni wykorzystany

Tydzień temu podczas GP Aragonii wszystkie trzy Yamahy były piekielnie szybkie w treningach oraz w sesji kwalifikacyjnej. Absolutnie nie było to żadnym zaskoczeniem, nawet biorąc pod uwagę długą prostą prowadzącą do ostatniego zakrętu. Przyzwyczailiśmy się już bowiem do sytuacji, że tegoroczne M1-ki świetnie się prowadzą, mając przed sobą pusty tor. Ich atutem jest chociażby świetna prędkość w zakręcie i ogólne warunki jezdne. Problem pojawia się jednak w sytuacji, gdy Yamahy zostają uwikłane w walkę. Wtedy widać niedostatek mocy i niską prędkość maksymalną. To utrudnia im nie tylko wyprzedzanie i obronę, choć ten aspekt nadrabiają akurat późnym hamowaniem.

Te słabości uwydatniło właśnie GP Aragonii. Choć po kwalifikacjach wszystkie trzy Yamahy znalazły się w pierwszej czwórce, tak w wyścigu najwyżej sklasyfikowany został Maverick Vinales, który zajął czwarte miejsce. Nic więc dziwnego, że podobnej sytuacji spodziewałem się w GP Teruel. Tu jednak Fabio Quartararo i Maverick Vinales mieli nawet problemy w treningach czy kwalifikacjach. Fason trzymał tak naprawdę jedynie Franco Morbidelli, który nie korzysta z motocykla w tegorocznej fabrycznej specyfikacji. Mimo to nie sądziłem, że będzie w stanie finiszować na podium, nawet startując z drugiej pozycji. W końcu zawodnicy Hondy i Suzuki nie byli tak daleko.

Franco Morbidelli jednak tym się nie przejmował, wierzył, że może odnieść sukces i wciąż liczyć się w walce o mistrzowski tytuł. Włoch bardzo dobrze wystartował, utrzymał swoją drugą pozycję i był gotów do walki z ruszającym z pole position Takaakim Nakagamim. Jak się okazało, do niej wcale nie doszło, bo Japończyk upadł już w piątym zakręcie. Tym samym reprezentant zespołu Petronas Yamaha SRT wyszedł na prowadzenie w wyścigu o GP Teruel, którego nie oddał do mety.

Franco Morbidelii wykorzystał czysty tor i mógł jechać tak jak w treningach – obierając idealną linię i nie podejmując z nikim walki. Kontrolował tempo i utrzymywał za sobą Alexa Rinsa, zwycięzcę GP Aragonii. Jednocześnie też jego opony zachowywały odpowiednią przyczepność, co akurat było możliwe m.in. ze względu na idealne dla Yamahy temperatury – nie było ani za zimno, ani za gorąco. To był dokładnie taki sam triumf, jaki odniósł w Misano. Po prostu nie dał rywalom żadnych szans, a sam nie popełniał błędów. W nagrodę nie tylko dostał puchar, ale przede wszystkim awansował na czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej i do prowadzącego Joana Mira traci 25 punktów.

Zwycięstwo w GP Teruel oznacza również, że jedynymi zawodnikami w stawce MotoGP, którzy odnieśli w tym roku więcej niż jeden triumf, są reprezentanci zespołu Petronas Yamaha SRT. Fabio Quartararo ma ich trzy, a Franco Morbidelli dwa. 

2. Równa jazda kluczem do tytułu

Po wyścigu o GP Aragonii na prowadzenie w klasyfikacji generalnej wyszedł Joan Mir. Hiszpan zajął w nim trzecie miejsce, tuż za Alexem Rinsem i Alexem Marquezem. Nic więc dziwnego, że zawodnik Suzuki był w gronie głównych faworytów do triumfu w GP Teruel. W poprzednich rundach pokazał bowiem, że choć w kwalifikacjach zajmuje dalsze pozycje, tak w niedzielnej rywalizacji radzi sobie znacznie lepiej i nadrabia stracony czas.

Tak też miało być w wyścigu o GP Teruel. Startował z dwunastego pola, ale bardzo szybko przesunął się na piąte miejsce. Wydawało się więc, że szybko ruszy w pogoń za ścisłą czołówkę. Niestety – dla niego – awans na trzecie miejsce był szczytem możliwości. Joan Mir dysponował bowiem słabszym tempem od Franco Morbidellego oraz Alexa Rinsa i nie chciał już ryzykować, gdy miał problemy z przednią oponą. Niemniej najniższy stopień podium umocnił go na prowadzeniu w klasyfikacji generalnej – na trzy rundy przed końcem tegorocznego sezonu MotoGP ma 14 punktów przewagi nad Fabio Quartararo.

„Przed wyścigiem i na pierwszych okrążeniach w ogóle nie myślałem o Mistrzostwach. Myślałem tylko, żeby dać z siebie wszystko” – przyznał Joan Mir. „Jednak kiedy zobaczyłem, że na ostatnich okrążeniach walczę z przednią oponą, powiedziałem »ok, może to nie jest dobry pomysł, żeby próbować złapać tych zawodników«. To mądry sposób, by poradzić sobie dzisiaj z wyścigiem i pomyślimy nad następnym”.

W czym tkwi siła Joana Mira? W równej jeździe. Choć Hiszpan miał bardzo nieudane trzy pierwsze rundy, tak od GP Austrii zgromadził najwięcej punktów i aż sześciokrotnie stawał na podium – to zdecydowanie najlepszy wynik spośród całej stawki MotoGP. Rysą na szkle jest za to brak zwycięstwa, choć kilka razy był już bardzo blisko. Mimo to wygrać się nie udało, ale prowadzenie w klasyfikacji generalnej jest. Czy więc zawodnik Suzuki zostanie mistrzem świata bez żadnego triumfu? Co prawda są jeszcze trzy rundy, ale nigdy nic nie wiadomo, zwłaszcza w tak nieprzewidywalnym sezonie. Gdyby jednak nie udało mu się wygrać żadnego z trzech ostatnich wyścigów, a wygrałby tytuł, to byłby pierwszym takim zawodnikiem od 1999 roku. Wtedy mistrzem świata klasy 125 cm3 został Emilio Alzamora.

Niemniej to właśnie równa jazda jest na wagę złota w sezonie 2020. Nie zwycięstwa czynią z ciebie bohatera, a jak najwyższe punktowanie. Rywale, którzy wygrywali, popełniali więcej błędów i mieli różne wpadki, a Joan Mir od czasu GP Austrii kończy wszystkie wyścigi, a jego najgorszym wynikiem było deszczowe GP Francji na torze w Le Mans, gdzie zajął 11. miejsce.

3. Zaprzepaszczona szansa na pierwszy triumf Hondy

Przez cały weekend świetnym tempem dysponował Takaaki Nakagami. Japończyk wydawał się więc faworytem niedzielnego wyścigu o GP Teruel, zwłaszcza że startował z pole position, a w porannej rozgrzewce uzyskał najlepszy czas. Sądzono nawet, że z takim tempem, jakim dysponował, mógłby uzyskać i 10 sekund przewagi nad drugim zawodnikiem. Na jego barkach nie spoczywał jednak tylko jego sukces, ale też całej Hondy, która nie wygrała od ubiegłorocznego GP Walencji.

To właśnie ta presja sprawiła, że Takaaki Nakagami nie dał rady udźwignąć ciężaru spoczywającego na jego barkach. Co prawda utrzymał prowadzenie po starcie, ale chcąc szybko zbudować przewagę, już w piątym zakręcie popełnił błąd. Jak sam przyznał „jechał za szybko”. Marzenia więc o pierwszym od 16 lat triumfie Japończyka w klasie MotoGP skończyły się już po kilkunastu sekundach. Na ironię był to też jego pierwszy nieukończony wyścig w sezonie. Z tego też względu bardzo bolesny w skutkach – Nakagami spadł na siódme miejsce w klasyfikacji generalnej i do prowadzącego Joana Mira traci już 45 punktów.

„Przed wyścigiem była niesamowita presja i może nie mogłem sobie z nią poradzić. To jest powód, dlaczego popełniłem błąd. Zamknąłem drzwi w pierwszym zakręcie, potem drugim, trzecim, a także w czwartym. Wchodząc w czwarty zakręt byłem nieco po wewnętrznej, a potem hamując do piątego zakrętu byłem trochę po zewnętrznej” – tłumaczył Takaaki Nakagami.

„Moje hamowanie było zbyt ostre, zblokowałem przód i go straciłem, potem był upadek. To był głupi błąd. Mogę powiedzieć tylko jedno, byłem za szybki. Starałem się utrzymać na prowadzeniu, a potem straciłem linię. Myślałem o tym, by dobrze wystartować, starałem się być silny we wszystkich zakrętach i odjechać jak najszybciej. To była jedyna rzecz w mojej głowie”.

Honda mogła jeszcze liczyć na Alexa Marqueza, który znajdował się na fali wznoszącej i podbudowany dwoma drugimi miejscami, prezentował bardzo dobre tempo podczas całego weekendu GP Teruel. Wyścig nie układał się jednak po jego myśli i szczytem jego możliwości było czwarte miejsce. Goniąc Joana Mira, stracił też przyczepność przedniej opony i na czternastym okrążeniu przewrócił się w drugim zakręcie. To już był definitywny koniec marzeń Hondy o pierwszym zwycięstwie w sezonie 2020.

Pytanie też, na ile tak dobre tempo zawodników Hondy było zasługą toru MotorLand Aragon. Nie od dziś bowiem wiadomo, że zawsze radzili sobie tutaj dobrze i konfiguracja pętli bardzo im służyła. Dowodził tego szczególnie Marc Marquez, który odniósł w Aragonii aż pięć triumfów. Może to więc sprawa obiektu, a może rzeczywiście Honda w końcu znalazła jakieś rozwiązania, by model RC213V był również konkurencyjny w rękach Takaakiego Nakagamiego czy Alexa Marqueza. O tym przekonamy się jednak w Walencji, gdzie za dwa tygodnie odbędzie się GP Europy.

Image: © Petronas Yamaha SRT