MotoGP HOT3 #9: GP Francji. Upragnione sukcesy

GP Francji 2020 / © Ducati

Tegoroczny wyścig o GP Francji był wielkim sukcesem dwóch zawodników - Danilo Petrucciego i Alexa Marqueza. Ten pierwszy po ponad roku fatalnych występów wrócił na sam szczyt, a drugi zamknął usta krytykom i wywalczył swoje pierwsze podium w klasie MotoGP. Na drugim biegunie znalazła się Yamaha, która ponownie rozczarowała. Pora więc na kolejne, już dziewiąte HOT3.

GP Francji idealnie wpisuje się w szalone rozstrzygnięcia sezonu 2020. Po dziewięciu wyścigach różnice punktowe nie są zbyt duże, a aż 15 różnych zawodników stawało na podium. Po raz kolejny sukcesy odnieśli ci, na których niekoniecznie byśmy stawiali, ale właśnie to sprawia, że wyścigi klasy MotoGP oglądamy z wypiekami na twarzy i przed ich rozpoczęciem trudno coś obstawić. 

1. Odkupienie Danilo Petrucciego

Rok 2019. Danilo Petrucci zaczyna swoją przygodę w fabrycznym zespole Ducati. Pierwsze wyścigi są dobre, znajduje się w czołówce, ale brakuje podiów. Włoch jest więc rozczarowany, bo wie, że ma wsparcie od zespołu, a jego motocykl jest konkurencyjny. W końcu nadeszła pora na GP Francji. „Petrux” wywalczył tam trzecie miejsce i zyskał sporą dawkę pewności siebie. To ona pomogła mu dwa tygodnie później, kiedy na torze Mugello odbywało się GP Włoch. Danilo pojechał tam fantastycznie i pięknym manewrem na ostatnim okrążeniu wyprzedził Andreę Dovizioso i Marca Marqueza. Pierwszej pozycji nie oddał już do końca i mógł cieszyć się z pierwszego zwycięstwa w klasie MotoGP. W kolejnym wyścigu – na torze Barcelona-Catalunya – znów stanął na podium, tym razem na trzeciej pozycji. Wydawało się więc, że jest w formie i powalczy o wicemistrzostwo świata.

Nikt wtedy nie sądził, że Danilo Petrucci w czołowej trójce uplasuje się dopiero 16 miesięcy później. A tak właśnie było. Włoch od przerwy wakacyjnej, gdy zmarł jego rzecznik prasowy, był zupełnie innym człowiekiem. Wyglądał na bardzo zagubionego, plasował się na odległych pozycjach i nie można było w nim dostrzec woli walki. Nic więc dziwnego, że Ducati nawet nie czekało na start sezonu 2020, by podjąć decyzję o zakończeniu współpracy. „Petrux” był więc w fatalnym położeniu, choć pomocną dłoń podał mu KTM, oferując posadę w ekipie Tech3.

Mimo tego małego światełka w tunelu Danilo Petrucci niczym nie imponował, a na domiar złego problemy zaczęło mieć Ducati, głównie przez nową konstrukcję tylnej opony. Odzwierciedleniem tego były jego wyniki – w ciągu pierwszych ośmiu rund jego najlepszą pozycją była siódma w GP Austrii. I wtedy znów, podobnie jak w roku 2019, z ratunkiem przyszedł tor Le Mans.

Już podczas kwalifikacji Danilo Petrucci spisywał się świetnie, awansując z pierwszej części do drugiej. W niej był również szybki i wywalczył trzecie pole startowe. W wyścigu było jeszcze lepiej. Włoch przyzwyczaił nas w przeszłości, że na mokrej nawierzchni radzi sobie bardzo dobrze, więc gdy tylko tuż przed startem spadł deszcz, mogliśmy spodziewać się, że „Petrux” będzie w czołówce GP Francji.

I nie pomyliśmy się ani trochę. Już od pierwszych okrążeń Danilo Petrucci miał dobre tempo i większość wyścigu przejechał na pierwszej pozycji. Świetnie poradził sobie przede wszystkim z zarządzaniem oponami, które zaczęły się szybko zużywać ze względu na coraz mniejszą ilość wody. Odpierał też ataki Andrei Dovizioso i Alexa Rinsa, nie popełniając przy tym błędów i nie podejmując nadmiernego ryzyka. Efekt? Zwycięstwo z przewagą ponad sekundy nad Alexem Marquezem i awans na dziesiąte miejsce w klasyfikacji generalnej.

„To był szalony rok, ponieważ sezon się jeszcze nie zaczął, a straciłem swoje miejsce i czułem się tak, jakby nikt mi nie ufał. Potem były inne ruchy [na rynku transferowym] i inni mi zaufali. Na pewno muszę podziękować całej mojej ekipie i ludziom w domu, którzy zawsze mi ufali i wierzyli, że dobrze jeżdżę na motocyklu. To jest dowód, że mogę wygrywać wyścigi MotoGP” – przyznał Danilo Petrucci.

Miejmy więc nadzieję, że sukces Danilo Petrucciego w GP Francji będzie dla niego przełomowym momentem. Powinien teraz uwierzyć w siebie i swoje umiejętności, bo szybkiej jazdy na motocyklu tak łatwo się nie zapomina. Kolejna szansa na sporą dawkę punktów już w najbliższy weekend. Na torze w Aragonii Ducati ponownie powinno być silne.

2. Pierwszy sukces Alexa Marqueza pierwszym sukcesem Hondy

Pod koniec ubiegłorocznego sezonu zespół Reposl Honda został postawiony pod ścianą, gdy Jorge Lorenzo postanowił zakończyć swoją wyścigową karierę. Szybko musiano więc podjąć decyzję, kto zajmie jego miejsce. Wybór padł na Alexa Marqueza, który rok temu wywalczył mistrzostwo świata w klasie Moto2. Obawiano się jednak, że Hiszpan będzie w cieniu swojego brata, Marca, który zdominował rywalizację w MotoGP już od swojego pierwszego sezonu w 2013 roku. Co więcej, mówiono, że tak trudny motocykl, jakim stała się Honda RC213V, jest nieodpowiednim dla debiutanta.

Pierwsze wyścigi potwierdzały te obawy. Alex Marquez nie prezentował się za dobrze, zwłaszcza że to on stał się liderem Repsol Hondy pod nieobecność kontuzjowanego Marca. Z każdą kolejną sesją, z każdym kolejnym wyścigiem 24-letni Hiszpan uczył się nowego motocykla i nabierał cennego doświadczenia. W międzyczasie też Honda podpisała z nim kontrakt na kolejny sezon, lecz już w barwach ekipy LCR. Młody zawodnik mógł więc być już pewny swojej przyszłości i skupić na nauce.

Wtedy jednak nadeszła pora na GP Francji, pierwszy deszczowy wyścig w tym roku. Alex Marquez rozpoczynał go z osiemnastego miejsca i stopniowo przesuwał się w stawce. W pewnym momencie był nawet najszybszym zawodnikiem na torze. Wykorzystywał też błędy rywali i wywrotki tych jadących przed nim. W końcu znalazł się na podium, a po wyprzedzeniu Andrei Dovizioso uplasował się na drugiej pozycji. Niewiele brakowało, a dogoniłby nawet i Danilo Petrucciego. Ostatecznie stracił do niego nieco ponad sekundę.

To był fenomenalny występ w wykonaniu Alexa Marqueza. W tak trudnych warunkach, na tak trudnym motocyklu, pojechał wyśmienicie. Potwierdził swój ogromny talent, a także swoją dojrzałość, choć jest tegorocznym debiutantem. Nie popełnił żadnego błędu, wykorzystywał potknięcia rywali i zapewnił sobie pierwsze podium w MotoGP, w swoim dziewiątym występie. Co ciekawe, przyszło ono nawet szybciej niż w klasie Moto2 – tam musiał czekać na nie blisko 2 sezony, jednak gdy już je osiągnął, było to zwycięstwo (GP Aragonii, 2016). Alex zamknął więc usta swoim krytykom, którzy w niego wątpili.

„Wiem dlaczego tutaj jestem i dlaczego noszę te barwy – jestem dwukrotnym mistrzem świata” – mówił Alex Marquez. „Czasami krytyka jest dobra, daje więcej motywacji i daje ci ognia do dalszego działania i wiary w siebie”.

„Zgadzam się z krytykami, ponieważ moje występy nie są tym, czego byśmy oczekiwali. Zwłaszcza w kwalifikacjach nie jestem tak szybki, jakbym chciał, ale co do tego przejścia… Krytyka mnie nie obchodzi, wiem, dlaczego tutaj jestem”.

Sukces Alexa Marqueza jest również sukcesem Hondy. Pod nieobecność Marca Marqueza nie radziła ona sobie już tak dobrze i w ośmiu pierwszych wyścigach sezonu 2020 ani razu nie znalazła się na podium. Najbliżej takiego rezultatu był Takaaki Nakagami, ale Japończykowi nie udało się znaleźć w czołowej trójce. Wszystko zmienił więc Alex. Tym samym fatalna passa Hondy w końcu się zakończyła. Nie może zatem dziwić ogromna radość zawodnika, jak i całej ekipy. Spadł im wielki kamień z serca.

3. Kolejne rozczarowanie Yamahy

Mógłbym tu wymienić jedynie Valentino Rossiego, ale w GP Francji wszyscy czterej zawodnicy Yamahy nie spisali się dobrze. Choć wydawało się, że mogą być szybcy, tak mokra nawierzchnia sprawiła im wiele problemów i przyczyniła się do marnej zdobyczy punktowej.

Najpierw, już na pierwszym okrążeniu, Valentino Rossi upadł na dojeździe do szykany Dunlopa. Włoch zaliczył uślizg tylnej opony i jak sam przyznał „nie wie, dlaczego” tak się stało. Niemniej był to dla niego koniec rywalizacji i trzeci z rzędu nieukończony wyścig. Marzenia o dziesiątym tytule odeszły już w niepamięć. Panie Valentino, czas się pozbierać.

„Na deskach” wylądował również Franco Morbidelli. Zwycięzca GP San Marino przewrócił się nieco później i próbował kontynuować jazdę, ale uszkodzenia motocykla były zbyt duże i musiał zjechać do alei serwisowej. Włoski duet Yamahy, który za rok reprezentować będzie barwy Petronasa, wyjechał więc z Francji bez punktów.

Niewiele lepiej było w przypadku Mavericka Vinalesa. Hiszpan przyjechał do Francji jako trzeci zawodnik klasyfikacji generalnej i liczył, że uda mu się odrobić trochę punktów, w końcu w 2017 roku był najszybszy na torze Le Mans. Na mokrej nawierzchni jednak kompletnie nie istniał. Słabe tempo i jazda w ogonie stawki zakończyła się ostatecznie dziesiątą pozycją i utratą trzeciej lokaty na rzecz Andrei Dovizioso.

Najlepiej z grona zawodników Yamahy wypadł Fabio Quartararo, lecz ósme miejsce – po starcie z pole position – jest po prostu rozczarowaniem. Lider klasyfikacji generalnej miał jednak dużo szczęścia i tak naprawdę nie poniósł większych strat. Maverick Vinales i Joan Mir dojechali do mety za nim, a więc jego przewaga nieco wzrosła, a Andrea Dovizioso nie wykorzystał okazji na zwycięstwo i zajął czwarte miejsce. Tym samym Francuz utrzymał prowadzenie w klasyfikacji generalnej, choć na pewno liczył na więcej w swojej ojczyźnie. Minimalizacja strat udana, sam występ już nie.

Image: © Ducati